niedziela, 13 września 2009
Crazy Dani
Jest taki tenisista o imieniu Daniel:
I człowiek zachowujący się nieco inaczej, jego imiennik – trener siatkówki.
Nie w smak był mi sposób wybrania trenera reprezentacji polskich siatkarzy. Trenera, który odnosił sukcesy w polskiej lidze z drużyną wypakowaną gwiazdami. Trenera, który zdawał się na meczu przesypiać momenty odpowiednie do brania czasu i zmian. Nie podobał mi się ten kunktatorski styl. Powiem więcej. Dalej darzę sentymentem krzyczącego Raula Lozano. Ale Daniel Castellani wielki jest, a ja się myliłem w jego ocenie i koniec. Kropka. PS. Specjalne pozdrowienia dla trzech ludzi z Mostostalu: Ruciaka, Jarosza (mam nadzieję, że coś zrobi z tym urwanym medalem, bo sama szarfa głupio wygląda:-) i drugiego trenera Stelmacha.
środa, 15 lipca 2009
Gortat – cholernie normalny człowiek
Ja wiem, że rozwodzenia się o naszym człowieka w NBA jest bez liku, ale chcę dorzucić parę słów od siebie. Podoba mi się to, że Gortat nie gwiazdorzy, a zarazem wie jakie są obowiązki gwiazdy. Bierze udział w promowaniu swej dyscypliny, nie promując siebie (przynajmniej nie czyniąc tego nachalnie, bo oczywiście też staje się bardziej znany i lubiany). Podoba mi się to, że Gortat nie wstydzi się zwykłych ludzkich odruchów: „Chcę zostać człowiekiem sukcesu nie tylko na parkiecie, ale poza nim. Pieniądze mi nie zawrócą w głowie, bo jeżeli by to się stało, to moi przyjaciele mnie sprowadzą na ziemię. Nie chciałbym, żeby ktoś myślał, że skoro jeżdżę moim BMW M5 to mi woda sodowa uderzyła do głowy. Nie mogę przecież podjechać na trening polonezem, gdzie inni zawodnicy podjeżdżają ogromnymi samochodami. Nie mogę mieszkać w kawalerce, bo po prostu na Florydzie mieszka się inaczej”.
I tak dalej. Oczywiście z mądrego gadania i dobrego grania za parę lat może zostać niewiele. Ale ja się cieszę, że koszykówka zaczyna się wreszcie odradzać w hierarchii polskich sportów i że twarzą tego odrodzenia jest taki, najzwyczajniej w świecie, fajny człowiek.
niedziela, 12 lipca 2009
Stop marnowaniu gór!
Czy Wam też nie podoba się to, że Col d’Aspin i Col du Tourmalet znajdują się po środku etapu? Niestety, w tym roku Pireneje zostały „zmarnowane”. Dlaczego? Mam swoją teorię. Organizatorzy zdają sobie sprawę z tego jaki jest dziś poziom kolarstwa. Wszystkie nazwiska wielkich od ery prearmstrongowej zniknęły w otchłaniach afer (m.in. Winokurow) i tragedii (Pantani) dopingowych (z wyjątkiem jednego jedynego czystego Carlosa Sastre) i nagle okazało się, że w górach poza Contadorem nikt nie jest w stanie przeprowadzać ukochanych przez widzów ataków (a i ten robi to bardzo blisko mety i nie odstawia reszty na minuty, tylko na sekundy). By uchronić pospolitego widza (do którego mi ostatnio blisko, jeśli chodzi o kolarstwo) przed niestrawnym wjazdem na metę dwudziestu najlepszych górali bez żadnych szarpnięć postanowiono trochę namieszać i przeczekać aż wykształci się w peletonie nowa klasa panująca. Górale-faworyci i tak Tour wygrają (czy to Contador czy też Armstrong) i wszystko będzie ok. A widz swoje ataki dostanie, bo na zaledwie trzech etapach z finałowymi podjazdami Hiszpan po prostu będzie musiał zaatakować. Gdyby zdobył koszulkę na przykład dzisiaj na jakimś podjeździe to pewnie do końca widzielibyśmy tylko kasowanie ucieczek. I chyba będzie trzeba to przetrzymać, bo wygląda na to, że koksiarzy jest albo mniej, albo dopingują się w mniejszym stopniu i po prostu nie są w stanie robić takich cudów jak kilka lat temu. Zatem chyba idziemy w dobrym kierunku. Z tej traumy trzeba kiedyś wyjść i... może się uda. A może nie. Ale przyznam, że się tak bardzo nie nudzę. Cancellara zapewnił na prawdę spore emocje przez pierwszy tydzień, a jego jazda „drużynowa” na czas powinna przejść do historii. Do tego kilka fajnych ucieczek (tej Sapy akurat nie widziałem) i mamy na prawdę ciekawy wyścig. Przy czym jest on ciekawy tylko przy założeniu, że stosujemy zaniżone kryteria. I to jest taka smutna słodko-kwaśna prawda.
wtorek, 07 lipca 2009
Co za wyścig!
No na razie Tour de France dostarcza nam niecodziennych emocji. Wczoraj rozszarpała peleton grupa Columbia, dziś zaś mieliśmy korespondencyjny pojedynek Astana – Cancellara. Zwycięstwo etapowe dla kazachskiej drużyny, ale indywidualne dla lidera Saxo Banku. Szwajcarski mistrz olimpijski jak lew broni swej żółtej koszulki – dziś nie dał się Armstrongowi, który mógł zostać najstarszym liderem Wielkiej Pętli w historii. Różnica pomiędzy pierwszym a drugim? 0 sekund. Ale z powodu regulaminu (jakie kryterium decyduje – nie wiem) wygrywa Szwajcar.
Oczywiście przyjdą góry, a tam Albercik za wszelką cenę będzie chciał pokazać Sami-Wiecie-Komu, że jest Albertem. Czekamy na Pireneje! Zostań Omni(enbiej)busem II
Zmierz się z inymi fanami NBA! Blog Enbiej.blox..pl oraz oQuizo.pl, przy pomocy wszystkich piszących, zapraszają na Turniej Enbiej - konkurs wiedzy o NBA. Zapisz się już teraz! Do wygrania są:
oQuizo.pl, 2 pytania, które dotyczą NBA wraz z 4 wariantami odpowiedzi z zaznaczeniem właściwej
poniedziałek, 06 lipca 2009
Sportowa niedziela
Drugi etap TdF, finał Wimbledonu, słowem wspaniały sportowo dzień. Wszystko przegapiłem... No nie wszystko. Oglądałem męczarnie Roddicka z Federerem w piątym secie. Oczywiście pozytywne męczarnie - mecz ten miał swoje piękno, ponieważ panowie zaserwowali nam niecodzienną walkę o przetrwanie. Zwycięzki znowu Federer. Szkoda Andy'ego. Polecam transmisje z Uniwersjady na Eurosporcie dla wszystkich tych, którym nie chce się aktualnie opuszczać domu. Rozmowy na temat siatkówki, i nie tylko panów, Laskowskiego i Zarzyckiego są, moim zdaniem, bardzo fajne do niezobowiązującego słuchania. A i akademicy potrafią czasem zaskoczyć fajną grą. Dzisiaj widziałem akcję w meczu Czarnogóra - Turcja, kiedy to Turcy ośmiokrotnie bronili ataki Czarnogórców. Zazwyczaj były to obrony na dziesiątym-dwunastym metrze, lub bohaterskie rzuty w asekuracji bloku. Niesamowite. Nigdy czegoś takiego w męskiej siatkówce nie widziałem i pewnie nie zobaczę. Aha - piłkę wygrali atakujący co okazało się początkiem ich końca w tym meczu. A mówi się, że takie piłki są początkiem czegoś dobrego :-) No i polecam coś co użytkownik dzikowy20skarb wrzucił na Supergiganta w komentarzach(MRPW znowu nic nie piszą). Jest to dość długi, ale ciekawy i "emocjonujący", dokument opisujący słynny finał konferencji zachodniej NBA 2002 oraz kontrowersje dotyczące zwycięstw Lakers na Kingsami w tamtej serii. Oto link do prologu tej dziewięcioczęściowej serii niejakiego NFLranking. http://www.youtube.com/watch?v=fRPYjdgStns Polecam, choć widziałem tylko części 6-9. PS.I jak tu się podniecać milionami Gortata, kiedy wszystkie wątpliwości fanów NBA, są poparte tak jaskrawymi dowodami.
piątek, 03 lipca 2009
Polscy medaliści mistrzostw świata w lekkoatletyce
Kiedyś wklejałem już naszych medalistów olimpijskich. Teraz czas na tych, którzy stawali na podium mistrzostw świata w lekkiej, a jest to temat aktualny, bo za nieco ponad miesiąc w stolicy Niemiec obędzie się następny czempionat. Przy okazji cieszę się, że w tym zestawieniu wreszcie można bez bicia umieścić „lisowczyków” wśród złotych medalistów. Trzeba było na to czekać prawie dekadę, ale sprawiedliwości stało się zadość. Mnie osobiście najbardziej cieszy złoto dla Roberta Maćkowiaka, jednego z większych pechowców wśród naszych lekkoatletów. W szczególności chodzi mi o pamiętne mistrzostwa świata w Edmonton, gdzie będąc faworytem do dwóch medali musiał zaakceptować kontuzję. Bez niej na pewno znalazłby się w ostatniej tabelce z multimedalistami.
1983 – Helsinki – 2 złote -1 srebrny -1 brązowy Złote: Zdzisław Hoffman – trójskok Edward Sarul – pchnięcie kulą Srebrne: Bogusław Mamiński – 3000 m z przeszkodami Brązowe: Zdzisław Kwaśny – rzut młotem 1991 – Tokio – 1-0-0 Złote: Wanda Panfil – maraton 1993 – Stuttgart – 0-1-0 Srebrne: Artur Partyka – skok wzwyż 1995 – Goeteborg – 0-0-2 Brązowe: Robert Korzeniowski – chód na 50 km Artur Partyka – skok wzwyż 1997 – Ateny – 1-1-0 Złote: Robert Korzeniowski – chód na 50 km Srebrne: Artur Partyka – skok wzwyż 1999 – Sewilla – 1-0-0
Złote: Sztafeta 4x400 m - Tomasz Czubak, Robert Maćkowiak, Jacek Bocian, Piotr Haczek 2001 – Edmonton – 2-0-2 Złote: Robert Korzeniowski – chód na 50 km Szymon Ziółkowski – rzut młotem Brązowe: Paweł Czapiewski – 800 m Monika Pyrek – skok o tyczce 2003 – Paryż – 1-0-0 Złote: Robert Korzeniowski – chód na 50 km 2005 – Helsinki – 0-1-1 Srebrne: Monika Pyrek – skok o tyczce Brązowe: Szymon Ziółkowski – rzut młotem 2007 – Osaka – 0-0-3 Brązowe: Anna Jesień – 400 m przez płotki Marek Plawgo – 400 m przez płotki Sztafeta 4x400 m – Marek Plawgo, Daniel Dąbrowski, Marcin Marciniszyn, Kacper Kozłowski Łącznie: 8-4-9 Multimedaliści: Robert Korzeniowski – chód na 50 km – 3-0-1 Szymon Ziółkowski – rzut młotem – 1-0-1 Artur Partyka – skok wzwyż – 0-2-1 Monika Pyrek – skok o tyczce – 0-1-1 Marek Plawgo – 400 m przez płotki/ sztafeta 4x400 – 0-0-2
niedziela, 28 czerwca 2009
Pierwszy raz na LŚ
Heh... no było fajnie. Głośno, sympatycznie, bez problemów z dojazdem i odjazdem.
Ale najważniejsze się spieprzyło. Niestety gra Polaków pozostawiała dużo do życzenia. Wszystko poza zagrywką działało naprawdę mizernie, a najgorsze wrażenie, moim zdaniem, sprawiał rozgrywający Grzegorz Łomacz. W pierwszym secie nie było chyba ani jednej wystawy na środek! W drugim i pierwszej połowie trzeciego wszystko szło czytelnie na lewe lub na prawe skrzydło. Potem wszedł Woicki i trochę finezji w rozegraniu się pojawiło(jakaś druga linia, krótka). Niestety co najmniej o pół seta (a bardziej o półtora) za późno. Jednak, żeby było jasne, nie winię Grześka. Każdy wie jaka jest ta konkretna reprezentacja i trzeba się liczyć, że nie ma tu zawodników zdolnych do utrzymania takiego ciężaru oczekiwań. Łomacz zagrał słabo, zdarza się (inna historia, że wczorajszy mecz widziałem piąte przez dziesiąte, więc nie wiem jak grał wtedy). Wina za taki styl porażki leży, według mnie, po stronie trenera. Może jest w tym jakaś głębsza myśl, wiecie, ogranie i te sprawy. Ale przyznam, że za Woickim(którego nie lubię) krzyczałem od początku drugiego seta. I nie tylko ja. Długo czekaliśmy na zmianę gracza Jastrzębia na wicemistrza Polski. Pewnie nawet z rzeszowianinem bydgoszczaninem na rozegraniu przegralibyśmy, może też 0:3. Bo ataki także wyglądały tak sobie. Ale pozostał niedosyt, że nie spróbowaliśmy wszystkiego. Oczywiście główną przyczyną porażki było to, że ten skład Brazylii był po prostu we wszystkim lepszy. Jednak nie martwi mnie wynik. Martwi mnie to, że Castellani wyszedł na kunktatora, który nie potrafi dokonać odważnej zmiany. Zobaczymy, najważniejsze przed nami, ale wyszło, po prostu... trochę głupio(12 setów przegranych z Brazylią pod rząd).
sobota, 27 czerwca 2009
Cykl (dwunasto)miesięczny
Kibic piłki nożnej jest ze mnie dość marny. Owszem – reprezentację, mistrzostwa, puchary europejskie w wykonaniu naszych drużyn i ligę mistrzów trzeba obejrzeć, ale poza to wychodzę dość rzadko. I o ile rozumiem kibiców lig zagranicznych (sam mam przyjaciółkę – fanatycznego kibica Arsenalu) to nie potrafię zrozumieć kibiców ligi polskiej. Chodzi mi o tych najzwyklejszych fanów zespołów pierwszo- i drugoligowych ze swych miast, którzy burd nie wszczynają, przeciwnika doceniają, lubią piłkę, znają składy i w ogóle.
Nie rozumiem, bo polska piłka ligowa najzwyczajniej w świecie mnie odraża, a w najlepszym wypadku wywołuje uczucie litości. Przyznam, że być może bardziej niż kibiców szkoda mi komentatorów Canalu+, ponieważ ich praca polega na stworzeniu świetnego produktu. I robią to doskonale. Czasami można zapomnieć na co się patrzy i pomyśleć, że naszą ligę da się oglądać. Dobra, wracam do kibiców. Nie chodzi mi o krytykę, bo póki jakiś buc nie zacznie krzyczeć, że „tylko futbol! Cała reszta jest dla bab...” bla, bla bla, to nie ma problemu. Nikomu nie każę interesować się wszystkim, a prawdziwych znawców ukochanych dyscyplin podziwiam i zazdroszczę im wiedzy, na której zdobycie ja sam nigdy czasu mieć nie będę.
Zatem co mnie dziwi? Dziwi mnie to jak bardzo cierpliwi są kibice piłkarscy. Ostatnio robie wycinki prasy i cofnąłem się do lipca ’08. I odnoszę wrażenie, że polska piłka, która zajmuje 2/5 „Sportu”(piłka w ogóle zajmuje od 3/5 do 2/3) polega tylko na licencyjnym cyrku w wakacje, podniecaniu się rozgrywkami ligowymi na mizernym poziomie wiosną i jesienią oraz aferami korupcyjnymi przez cały czas. Oto kilka(subiektywnie wybranych) nagłówków z pierwszej dekady zeszłorocznego lipca: -Spadła Korona(1.07) -Kolejne degradacje?(1.07) -Bartyla: „To farsa”(03.07) -Osiem nerwowych godzin(06.07) -Wygrana licencja(8.07) -Liga chaosu(9.07) Artykuły te podsumowuje najlepiej nagłówek ostatni. I ta od kilku lat pod te same, groźno brzmiące, teksty podstawiane są kolejne nazwy klubów i nazwiska. W tym roku jeśli się nie mylę Widzew i ŁKS(już się nawet nie orientuję). Dochodzi do tego żenujący poziom naszych rozgrywek. Co roku na nowo huczne nagłówki oznajmiają nam tą beznadzieję, a na blogach pojawiają się błyskotliwe teksty, które „odkrywają” na nowo to samo. Co tydzień złościmy się na poziom krajowych hitów. Wisła-Lech, Lech-Legia, Legia-Wisła... Pozostaje jeszcze korupcja, prawdziwa wisienka na torcie. Nie chce być uznany za złośliwca, ale ostatnią kolejkę oglądałem z kumplem tylko po to, żeby zobaczyć cuda w ostatnich minutach. Cały problem polega na tym, że chyba nie można powiedzieć, że wszyscy są skorumpowani. Z drugiej strony brak radykalnych rozwiązań i stwierdzeń pozostawia obecny stan rzeczy, który trwa dzięki akceptowaniu bylejactwa. W idealnym świecie dobrym rozwiązaniem byłoby, gdyby nagle wszyscy kibice przestali oglądać piłkę, może wtedy ktoś by się opamiętał. W bardziej realnym świecie przydałby się minister, który przygotuje plan reformy, postara się znaleźć zwolenników, a jak juz doprowadzi do grozy wykluczenia z FIFA to nie wtedy, kiedy akurat jakieś polskie drużyny grają fajnie (ostatnio Lech). Ale najsmutniejsze jest to, że nawet ta bardziej realna szansa chyba się u nas nie pojawi. Pozostaje więc zaakceptowanie obecnej sytuacji i modlenie się o jakieś częściowe rozwiązania i samooczyszczenie środowiska(buahaha). I żeby było jasne, nie śmieje się z kibiców polskiej ligi(z pominięciem wyjątków). Sam uwielbiam kolarstwo i co rusz dostaje ciosy pod postacią kolejnych przyłapanych dopingowiczów. I tam obłuda też trwa, a kolejni kolarze wpadają, kiedy jeszcze dzień wcześniej ganili złapanych kolegów.. Istnieją podejrzenia, że syf jest także w moim ukochanym NBA, przy czym nie wyszły poza stadium plotek i złości kibiców. To był taki mój manifest poglądowy.
poniedziałek, 22 czerwca 2009
Takie dziwne dni lubię
Wczoraj chciałem wyjść z domu, ale najpierw włączyłem telewizję. I usiadłem jak zaczarowany ponieważ na zmianę miałem przyjemność oglądać finał MŚ w krykiecie Twenty20 oraz Drużynowe Mistrzostwa Europy w lekkiej. Kilka przemyśleń: Krykiet to bardzo fajny sport. I choć już zdążyłem się dowiedzieć, że te najbardziej prestiżowe mecze testowe (nie mylić z meczami towarzyskimi z innych dyscyplin!), które trwają do pięciu dni, to zupełnie inna para kaloszy, to jednak krykiet znalazł sobie nowego fana. Właśnie dzięki tej, strawnej dla widza z kontynentu, trzygodzinnej wersji(Twenty20).
Bardzo przyjazne wrażenie zrobił też na mnie hinduski komentator na naszym Eurosporcie. Pewnie prześmiewcy się znajdą(NA PEWNO się znajdą), ale prawda jest taka, że choć akcent miał słaby to mówił też bardzo składnie, a nie tak jak Dżo(„Tak, bo OK”). No i fajnie było posłuchać kogoś kto na prawdę przejmował się tym co się działo. Na pewno zapamiętam nazwisko Pakistańczyka Shahida Afridiego, który męczył RPA i Sri Lankę zarówno jako batsman(pałkarz?), jak i bowler(rzucający?).
Co do lekkiej, to przyznam, że reprezentacja Polski mimo wszystko spełniła oczekiwania. Bardziej niż o zawalonym medalu powinniśmy chyba mówić o tym, że walczyliśmy o brąz jak równy z równym do samego końca. Szkoda straconych punktów w sztafecie 4x400 pań(skąd ta dyskwalifikacja?) oraz, co tu dużo gadać, beznadziejnego konkursu Marcina Strzaka. Nie on sam jest winny utracie medalu, jednak 7,51 w wykonaniu jednego z najlepszych polskich lekkoatletów ostatnich miesięcy to spory zawód. Chyba, że nie wiem o jakiejś kontuzji czy chorobie. Pomijam naszych długodystansowców i nie ma co tu mieć pretensji do nikogo. Jeszcze jedno może usprawiedliwiać naszego skoczka w dal. Nowe reguły, w tym tylko dwie serie w konkurencjach technicznych przed ścisłym finałem, w którym też są dwie serie. Niby wszyscy mieli te same „warunki”, jednak po całym życiu skakania na normalnych zasadach niektórzy mogą mieć większe kłopoty niż inni z przystosowaniem się. Przykładem może być tu problem psychiki – pierwsza spalona próba już „pali” zawodnika. Co do samych zmian to z wyjątkiem jednego falstartu w biegach(nagle zniknął ten problem, żadnego nie było!) reszta nie przypadła mi do gustu. Cztery strącenia w skokach i cztery serie w pozostałych technicznych wprowadzają, moim zdaniem, niepotrzebną nerwowość do dyscyplin, w których reguły okrzepły wiele lat temu. Dajmy sobie spokój, bo nie przyspieszy to lekkiej na tyle, by ukraść widzom innym dyscyplinom, a jedynie namiesza wśród zawodników. PS.Co do Starzaka to pamiętam, że to okres przygotowawczy, ale... no nie... 7,51... |
Archiwum
Zakładki:
Blogi sportowe
Inne niż sport
Sport
|